dla L
Dokąd teraz pójdę, kiedy opuścił mnie mój pan Gautama
złota kotwica świata i krainy ujrzanej w ostrym białym blasku
będę czernić sobie brwi i rozcierać w palcach lekki ryżowy pył
a potem płynnym ruchem przekładać przez ramię
sztywny jak mój szloch pomarańczowy szal z bladobrunatną plamą
besztać służącą za każdą stłuczoną filiżankę na kamiennym progu
i nasłuchiwać, czy kroki w ogrodzie nie zwiastują mi ciebie
choć wiem, że przez mój ogród nie biegnie już żadna z twoich ścieżek
a szmer wiatru nie jest i nie będzie twoim oddechem
gdy bez końca wpatruję się w mozaiki liter o ostrych brzegach
i próbuję pojąć, że przestrzeń, gdzie teraz być może jesteś,
wypełnia to jedno białe i jaskrawe światło, płomień chłodu i powietrze
ale nie pojmę, bo przecież moje gładkie lśniące ciało
nierozkwitła róża pragnienia i ciepłe źródła złączonych dłoni
nad pustą kołyską z jadeitu i chalcedonu nad gęstą białą trumną
bo przecież ja pełna krwi na drugim brzegu rzeki wezbranej zdumieniem
dla ciebie jestem
miłość też może być głębokim oświeceniem
lub odejściem
każdej nocy uporczywych cykad na rdzawej łące przez mgłę mokrą
odwijam lepką ciemność i zakrywam się z powrotem
zagryzając usta, by nie zawołać, kiedy widzę cię przez okno
gdy idziesz tam jak zawsze odchodzisz w portal świątyni chłodu
a brama jak mroczne niebo zamyka się za tobą z głuchym łoskotem