20.11.08

IFIGENIA

To była chwila tylko, gdy twa ulotna obecność
– ulotniejsza niż przeczucie snu o wyzwoleniu za wszystko –
stała się zaczynem mitu, gdzie jedność jest możliwa
ponad wszystkim tym, na co składa się życie
– jedność, która poprzez ciebie dopiero mogłaby nas stworzyć we mnie
gdy zaczyna się smakować słowa znane, a jakby wypowiedziane po raz pierwszy
w tej krótkiej chwili – przystani nienazwanej miłości
każda rzecz jest niczym dopiero co wyłoniona
i wiekuista

A potem dzień, w którym odszedłeś – drogą, co nie jest już drogą
za Bramę, za kamienny Ołtarz, za Miasto, za Świat, Niebo,
do tej domeny tak szczelnie zamkniętej i tak niepojętej jak kraina,
gdzie we śnie zmagają się bogowie, demony i ludzie wołając mnie
w nie znanym języku
A potem daremna próba – nie podeszłam do ciebie, obudziłam się
po trzech dniach
w brunatnej pościeli i w bólu pulsującym jak idealna, zgrana melodia
cierpienia, które poza sobą nie służy niczemu i dla nikogo,
odsłania tylko całą daremność jałowego poprzez siebie istnienia
co już nawet nie stwarza na pozór złudzenia i sensu odmiennego od ciebie
bo skoro nie miłość, podczas gdy właśnie ona, to w takim razie – co?

A potem przepotężny strach, kiedy już się wie, że to nie będzie łagodny sen
podróż do siebie

to raczej jak kamień z wyżłobieniem niczym rynna
i inne dłonie uniesione, ciemniejący las rąk – jeśli to uwolni ich gniew i ta noc
da im siłę, by trwać, by po nagim ostrzu dziś i na zawsze spłynęła
ich gorzka wina, lęk, ból, gniew i głębokie osamotnienie

niech on zabije we mnie Śmierć

Być może pójdziemy wtedy już wszyscy, a każdy w którą zechce stronę
do swoich plemion, do białych szat lub czarnymi drogami do śródziemia
a potem dalej – wypełniać wszystkie wizje raju, te najprostsze i te złożone
po to, co święte, na najświętszej górze w samym sercu świętości i cienia

To była chwila tylko, gdy był pan ze mną w domu słów, w pałacu świata,
gdy pod hebrajskimi znakami dotknął pan przelotnie moich dłoni ostatniego dnia
i uśmiechając się otworzył na oścież drzwi do wieczności
aż światło napełniło zstępujący ku nam gmach

1999

X

Archiwum bloga