24.11.08

MIĘDZYLESIE

Leśna droga wiedzie aż do granicy oddziału
Pod starymi świerkami jeszcze długo leży śnieg
choć niedaleko skrzy się słoneczna polana
byle tam dotrzeć, potem już tylko ugory
i drogą w dół przez zrąb nad jezioro...
byle przejść...


Wtem
spada na mech świerkowa ciemność
biegną na wprost rozszalałe zwierzęta
rozrasta się podcień otwierają się nieba
i napływa zaleśna strona pod samo gardło

drzewa z głuchym stęknięciem padają na ziemię
wylewa się srebrne światło przez brzegi horyzontu
a na krańcach grunt zapada się jak grób miękko
aż pozostaje tylko świerkowa wyspa na koszmarnym morzu
z zamykającym się nad głową łopotem skrzydeł

las oddycha ciężko toczą się jagody parują mgły i czeremchy
sarny uginają kolana jakby porą snu była ta ciemność
i składają głowy na kamieniu brunatnordzawym i wilgotnym

wiruje polana jak oszalała karuzela budzą się demony powietrza
moczary sapią i chichoczą wyłuskując białe kości brzozy
skrzypi dzika grusza z powieszonym psem
las nachyla się...


Leżę na zimnej drodze i głośno krzyczę

Aż przychodzi mój ojciec – leśny czarodziej – i zamyka go na klucz


x

X

Archiwum bloga