mojej córce
powiedziała mi, chodź, poszukamy muszelek,
powiedziała mi, a ja co noc chcę wyjść z wieży –
– wąskie kręte schody kończą się w połowie –
nie mogę, mówię, jestem za duża, kłamię, nie mogę...
Słyszę w głowie jej strach
lecz jestem zbrojna w przyswojoną mądrość
(jakaż kobieta, że tak nie dba o ciągłość?)
Chodź, słyszałam, że śmierć bywa nad skalistym brzegiem
– tak ją umieć wpisać w beztroskę życia –
Kończą się schody
teraz już tylko długa droga z muszelek
Powiedziała mi, bądź gotowa na miłość
która wyłania się z ciemności
Jakiż blask dnia może mi zastąpić jej nieobecność
jaka rozpacz
jaka wieczność
jaka krucha niewinność mieszkająca w oczach dziecka
ale niespodzianie przepojona złem
Nie pójdziemy już nigdzie razem, tam się kończy otchłań
A my w niej...
x